Olympos 1952 m.n.p.m. – Cypr
Wyjazd ten zaczął się niefortunnie. Z kolegą kupiliśmy bilety lotnicze i mieliśmy lecieć z Göteborga do Larnaki węgierską linią lotniczą Malév. Po jakimś czasie otrzymaliśmy wiadomość, że linia zbankrutowała. Bilety i pieniądze przepadły. Cóż, kupiliśmy więc nowe bilety, tym razem z Oslo. Po zwiedzeniu Larnaki pojechaliśmy autobusem do Nikozji, a następnie odwiedziliśmy Cypr Północny. Po powrocie do Nikozji, po stronie greckiej, spędziliśmy noc, a o 5 rano mieliśmy autobus do Pafos. Autobus przyjechał punktualnie (bilet kosztował 5 euro). Jechaliśmy autostradą przez Limassol i jedną ze stref zajmowanych przez Brytyjczyków. Po przyjeździe do Pafos postanowiliśmy najpierw zdobyć górę Olympos (1952 m n.p.m.), ale odległość wynosiła 80 km, a nasz czas był ograniczony. Zatem znowu taxi. Stała tylko jedna taksówka, w której spał kierowca. Zastukałem w szybę i powiedziałem, że chcemy jechać na Olympos i do Petra tou Romiou, czyli miejsca, gdzie Afrodyta wyłoniła się z morskiej piany. Kierowca, zaspany, chwilę pomyślał i odpowiedział: „150 euro”, na co od razu się zgodziłem, znając ceny na Cyprze. Nie chcieliśmy też tracić czasu na szukanie czegoś tańszego po Pafos. Kierowca zapytał, kiedy jedziemy, a ja odpowiedziałem, że teraz. Wyglądał na dość przymulonego po tym, jak został wyrwany ze snu. Najpierw pojechaliśmy na stację benzynową, gdzie wypił kawę, dochodząc do siebie. Potem chciał się upewnić, czy rzeczywiście jedziemy za 150 euro. Wziął telefon, napisał „150” i pokazał mi, co potwierdziłem. Myślę, że nie spodziewał się, że tak zacznie się jego dzień. Po tym wstępie pojechaliśmy na Skały Afrodyty. Byliśmy tam sami, więc mogliśmy bez przeszkód robić zdjęcia. Z Pafos odjeżdżają autobusy za 1 euro, ale kiedy wytoczy się z niego naraz kilkadziesiąt osób, to nie jest zbyt komfortowo. Na Olympos, mimo jego znacznej wysokości, można dojechać samochodem. Na samym szczycie znajdują się brytyjskie obiekty militarne, ale tym razem zabrakło mi kilku metrów do pełnej wysokości w porównaniu do najwyższego szczytu Cypru Północnego. Poza zagotowaniem wody w chłodnicy (kierowca zaprasza na herbatkę – woda już jest, he he) nie było problemu z dotarciem na miejsce. Górę miałem rozpracowaną bardzo dobrze, wiedziałem, gdzie się zatrzymać i dokąd iść. Najpierw podjechaliśmy pod główną bramę, i o dziwo, nikt nie interweniował, gdy robiliśmy zdjęcia. Następnie podjechaliśmy z drugiej strony, gdzie znajduje się ośrodek narciarski z wyciągiem. Wzdłuż wyciągu poszedłem stromym podejściem aż do ogrodzenia bazy. Wykonałem kilka zdjęć. Wiele zainstalowanych tam kamer zapewne śledziło moje poczynania. Nagle nadleciał helikopter, zrobił dwie rundy nade mną i odleciał. Nie sądzę jednak, żeby specjalnie wysłali go w moim kierunku.